Piec ze Świdnicy


Data modyfikacji: 7 lutego 2020

Piec znalazłem na ogłoszeniach OLX na początku stycznia 2020. Stał w secesyjnej, pięknej kamienicy w Świdnicy, przy ul. Jagiellońskiej. Napisałem list z pytaniem, czy uda mi się coś utargować z wyjściowej ceny. Udało się. Decyzja sprzedawcy i moja była dość szybka. Udało mi się trochę wytargować z początkowej ceny. Szybko dogadaliśmy się co do terminu rozbiórki pieca. Trochę opóźniało to remont mieszkania, ale wcześniej, niż 25 stycznia 2020 nie mogłem. Miałem już zaplanowany w połowie miesiąca tygodniowy wyjazd do Chin do Harbin. Po powrocie z Chin niespodziewanie wypadł mi też 3-dniowy wyjazd do Norwegii.  W efekcie wyszło tak, że z lotniska w Gdańsku pojechałem nakarmić koty w Dębianach, zapakować narzędzia i skrzynki na kafle i ruszyłem w kierunku Świdnicy. Cała noc w drodze i na 7:50 dojechałem na miejsce. Potem 12 godzin rozbierania pieca i pakowania kafli. Na szczęście nie musiałem wynosić gruzu na zewnątrz.

Piec jest glazurowany, w stylu secesyjnym. Na kaflach jest motyw ważek. Prawdopodobnie od chwili wybudowania (przełom XIX i XX wieku) nie był przestawiany. Jedynie okolice paleniska rozsypały się i poprzez drzwiczki były robione jakieś naprawy. Wewnątrz pieca były kanały pionowe, poprowadzone podobnie jak w piecu ze Zgorzelca. Piec nie był już od lat używany. Jakiś bałagan w kamienicy zrobił się z przewodami kominowymi. Użytkownicy na własną rękę zaczęli wykorzystywać je jako kanały wentylacyjne. Próba rozpalania w piecu mogła zakończyć się źle. W mieszkaniu na suficie były piękne sztukaterie. Mam nadzieję, że zostaną po remoncie zachowane.



Przed rozbieraniem pieca musiałem ponumerować kafle. Przy okazji obejrzałem, jakie są uszkodzenia kafli. Jak na ponad 100-letni piec nie było tak źle. Nie miałem ze sobą wystarczająco wysokiej drabiny, jedynie taką wysoką na 120 cm. Zdjęcie górki z pieca wymagało jednak jakiejś wysokiej podstawy. Z pomocą przyszły plastikowe skrzynki, które wziąłem za sobą na kafle. Stare drzwi położone na skrzynki wraz z malutką drabiną pozwoliły na sięgnięcie do korony. Zdjęcie jej nie było łatwe. Bardzo dużo ważyła, więcej niż inne, z którymi miałem do czynienia. Nawet gdy koronę już poluzowałem, miałem problem z jej zdjęciem. Nie mogłem szorować krawędzią korony o brzeg kafli, bo bym je poniszczył.

Łącznie w piecu było 13 warstw kafli. Udało mi się spakować po jednej warstwie do skrzynki. Nie udało mi się z żadnego kafla wydłubać gliny i musiałem wieźć całość. W środku pieca nie było cegieł szamotowych. Warstwa kumulująca ciepło była też cieniutka, tylko samo wypełnienie kafla. Nie było wewnętrznej warstwy oddzielającej kafle od ognia. Kafle były tylko zamazane warstwą gliny, do tego dość nierówną. Wymiar płaskiego kafla: szerokość190 mm, a wysokoć 215 mm. Nie znalazłem na kaflach sygnatury wytwórni.














Miałem ze sobą 10 skrzynek. Ze sobą zabrałem 6 i luzem koronę. Droga powrotna do Olsztyna zajęła mi 10 godzin. Była to już druga noc w drodze. Musiałem dość często zatrzymywać się na parkingach, aby odrobinę przysnąć. Lepiej na parkingu, niż w czasie jazdy autostradą. Aby dojechać na parking musiałem orzeźwiać się świeżym, mroźnym powietrzem. Z kolei gdy już zasnąłem, to budziłem się skostniały w wyziębionym samochodzie. Droga nie była łatwa, ale na miejsce dojechałem. Skutek był jednak taki, że przeleżałem dwa popołudnia rozłożony przez gorączkę i kaszel. I jak teraz wytłumaczyć, że nie jest to koronawirus przywleczony z Chin? Po resztę kafli pojechałem tydzień później, 1 lutego 2020. Wyjechałem z Olsztyna przed 4 rano, a w Świdnicy byłem o 10:30. Po pół godzinie 6 skrzynek z kaflami było już załadowanych do samochodu i mogłem ruszać z powrotem. O 18:30 byłem w Olsztynie. W jedną stronę było 565 km. Tym razem jechałem większość drogi za dnia, przy dobrej, słonecznej pogodzie.