Piec z Katowic


Data modyfikacji: 8 kwietnia 2020

Piec został odkryty w ogłoszeniach na portalu OLX. Przez jakiś czas go obserwowałem, aż w końcu napisałem i zadzwoniłem do właściciela. Trzeba było go niezwłocznie rozebrać, bo ekipa remontująca mieszkanie czekała, aż zostanie usunięty. Moja decyzja była błyskawiczna - najbliższy weekend, niezalenie od szalejącej na świecie zarazy, która sparaliżowała nie tylko Polskę, ale i cały świat. Po piec musiałem jechać niemal 600 km. Noc z piątku na sobotę (4/5 kwietnia 2020) spędziłem za kierownicą i na miejscu byłem o 7:30 rano. Poniżej jest przedstawionych osiem zdjęć, które były w ogłoszeniu na OLX.











Piec stał w kamienicy w Katowicach przy ul. 1 Maja, na drugim piętrze. Była to kamienica w modernistycznym stylu, z odremontowaną elewacją od strony ulicy. Od podwórka kamienica miała ceglany, czerwony, okopcony mur, typowy dla Górnego Śląska. Kamienica była wybudowana w 1920 roku. Po dojechaniu na miejsce i rozmowie zabrałem się za fotografowanie pieca, który prawdopodobnie został postawiony od razu po wybudowaniu domu. Do 1939 roku raczej nic nie było w nim zmieniane, a po wojnie takich pieców, nowych już nikt nie stawiał.


Piec przylegał do ściany plecami. Zazwyczaj między ścianą a piecem jest przestrzeń, która pozwala na przepływ powietrza i ogrzewanie go z czterech stron pieca. Nie byłem pewien, czy taka konstrukcja była spowodowana redukcją pieca po jego przeróbce, czy jest to pierwotna jego forma. Wiele wskazuje na to, że piec od samego początku był przylegający do ściany.

















Po oględzinach pieca i zrobieniu zdjęć zabrałem się za naklejanie karteczek z numerami kafli. Cały numer na kaflu składał się z dwóch części - numeru warstwy kafli i kolejnego numeru kafla w warstwie, np. numer 2-5 oznaczał drugą warstwę od dołu i piąty kafel licząc od lewej strony pieca. Łącznie w piecu było 16 warstw kafli, czyli więcej niż w jakimkolwiek innym, który mam. Piec był mocno zakurzony przez trwający już w mieszkaniu remont. Żal było mi patrzeć na poniszczone, cenne drewniane podłogi, które zostały poprzecinane rowami, w których leżały już rury do centralnego ogrzewania, rury wodociągowe i kanalizacyjne. Niestety, zmiana funkcji mieszkania wymagała takich działań.







Około godziny dziesiątej byłem już gotowy do rozbierania pieca. Najpierw trzeba było otworzyć piec od góry. Był zamknięty warstwą gliny, położonej na dwóch płaskich dachówkach. Trochę zdziwił mnie wygląd pieca od góry. Liczyłem na to, że zobaczę przebieg kanałów w piecu tego typu, a tu nic takiego nie było. Była w środku kratownica ułożona z cegieł szamotowych stojących na boku i żadnego śladu palenia w tym piecu. Dopiero wtedy zrozumiełem, że piec był przebudowywany i specjalnie przystosowany do ogrzewania za pomocą grzałki elektrycznej. Był to po prostu elektryczny piec akumulayjny w skorupie z ładnych kafli.



Wlot do przewodu kominowego był zamurowany tak, że nawet nie było po nim śladu. Po ścianie mogłem zorientować się, że przed przebudową piec też przylegał do ściany, na której były widoczne ślady sadzy i dymu, przenikających do muru przez nieszczelności. Piec łączył się bezpośrednio z ceglanym murem. Nie było między nimi warstwy tynku. Wskazuje to, że od samego początku ten piec był przylegający do ściany. Obawiałem się, że kafle mogły być połączone ze ścianą za pomocą zaprawy murarskiej. Ale na szczęście tak nie było. Jedynie glina była wykorzystywana przy przebudowie pieca. Krata ułożona z cegieł pozwalała na łatwe przenikanie ciepła z grzałki do wszystkich zakątków pieca.



Żmudna i ciężka praca ciągnęła się godzina za godziną. Od czasu do czasu tylko rozpraszały mnie milicyjne suki z megafonami, przejeżdżające ulicą i ostrzegające, że nie wolno wychodzić z domów. Ostrożne wydłubywanie kolejnych kafli, dziobanie ich dłutem, aby pozbyć się gliny ze środka, zachować na tyle ostrożności, ab nie połamać delikatnych kafli, potem wynosznie gruzu z wnętrza pieca, z drugiego piętra na podwórko, które już i tak było zawalone odpadami poremontowymi. Zacząłem w końcu się czuć jak szympans, z coraz to dłuższymi rękami od ciężkich wiader, coraz to bardziej otwartą gębą i opadniętą szczęką ze zmęczenia. Nie miałem tylko już sił na wydawanie małpich okrzyków, gdy coś poszło nie tak, jedynie jakieś ciche "*****" pod nosem. I w tym jeszcze objawiały się we mnie jakieś resztki człowieczeństwa. W końcu poczułem, że nie będę w stanie wszystkiego wynieść na zewnątrz i całe cegły zacząłem układać w pokoju w pryzmę licząc na to, że może ktoś zechce jeszcze je wykorzystać w celach remontowych. Na podwórko wynosiłem jedynie glinę z kafli, której było jakoś nadspodziewanie dużo. Musiałem coraz bardziej przyspieszać robieranie pieca, bo w mieszkaniu nie było światła, ani nawet wody. Jedynie właściciel mieszkania wsparł mnie nieco i przywiózł butelki z wodą, która nadawała się do picia i do wymycia. Dwie ostatnie warstwy kafli wyjmowałem już przy słabym świetle latarki czołówki. Latarki przydały się też przy wynoszeniu skrzynek z kaflami do samochodu. Każda skrzynka to przynajmniej 25-30 kg. Były to typowe skrzynki na owoce, wykorzystywane w sklepach. Miały wymiary 60×40×24 cm. W samochodzie układałem je w dwóch warstwach. Na wierzchu znalazło się jeszcze miejsce na drabinę, a obok nich miejsce na cztery największe kafle i skrzynkę z narzędziami.


Po wydłubaniu gliny udało mi się odnaleźć sygnatury na niektórych kaflach. Z radością zobaczyłem na nich napis "Ernst Teichert Meissen", czyli wytwórnia ceramiki w Miśni w Saksonii, produkująca najwyższej jakości i urody piece kaflowe.






Rozbieranie pieca i pakowanie kafli zakończyłem o 23:15. Dziesięć plastikowych skrzynek było wypełnionych kaflami, do tego kilka dużych kafli oddzielnie. Samochód był przeciążony, mimo że niemal wszystkie kafle pozbawiłem gliny. Żal było zostawiać wysokiej jakości duże, niepoprzepalane cegły szamotowe. Nośność samochodu nie pozwalała mi już na zabranie tych cegieł. Na szczęście miałem pomoc przy znoszeniu skrzynek z drugiego piętra do samochodu. Byłem już zupełnie skonany, a przede mną było jeszcze kolejnych niemal 600 km do domu, druga noc z kolei za kierownicą. Nie skorzystałem z propozycji przenocowania w domu właściciela mieszkania. Wolałem jechać nocą do Dębian, skorzystać z mniejszego prawdopodobieństwa spotkania z patrolem współczesnej milicji, który wcale nie musiał mieć dla mnie, ani dla pieca żadnego zrozumienia. Po wyruszeniu samochód dość niechętnie reagował na próby nabierania prędkości, czy w ogóle ruszania spod świateł na skrzyżowaniach. Na szczęście ruch był niewielki, jak to w czasach zarazy i totalnego zamknięcia ludzi w ich mieszkaniach. Po zatankowaniu i niewielkiej przejażdżce autostradą A1 zrezygnowałem z tej trasy. Asfalt był tak pofalowany, że coraz to słyszałem, jak z tyłu koła ocierają mi o nadkole. Na jakimś parkingu zrobiłem trochę przemeblowania. Duże, żeliwne drzwiczki zewnętrzne przerzuciłem na przód samochodu, a wewnętrzne, chyba z czasów PRL, wyrzuciłem do śmietnika. I tak bym ich nie wykorzystał. Obciążenie tylnej osi zmniejszyło się o 25 kilogramów. Poczułem się jak kapitan w balonie, który pozbywa się wszystkiego, czego można się pozbyć, aby dotrzeć na miejsce. Poszukałem z pomocą nawigacji Google Maps inną trasę, z pominięciem koszmarnej autostrady A1. Oprócz tych oceanicznych fal na asfalcie, za Częstochową, w stronę Łodzi, czekało by mnie jeszcze kilkadziesiąt kilometrów remontowanej autostrady. Samochód prawdopodobnie by tego już nie przetrzymał. Zmiana trasy i zmniejszenie obciążenia tylnej osi pozwoliło mi dalej spokojnie jechać bez zmartwienia, że wkrótce zostanę bez opony. Dodatkowo samochód był bezpośrednio po odebraniu z warsztatu, po wymianie turbosprężarki. Silnik nie pracował jeszcze tak jak powinien, był słaby, nie dawał gwarancji powrotu do domu. Przejechałem na drugi koniec Polski opustoszałymi drogami, niemal jak po zarzuceniu kraju bombami neutronowymi, takimi, które strumieniem neutronów niszczą tylko żywe istoty. Po drodze jeszcze tankowanie, jakiś hot dog, trochę snu gdzieś na parkingu i o godzinie 9:15 byłem już w Lidzbarku Warmińskim pod Lidlem, w którym po 10 minutach oczekiwania pod sklepem zrobiłem zakupy, w tym jedzenie dla kotów, które pewnie stęskniły się już za mną (o naiwny, za jedzeniem, nie za mną). Przechadzka po sklepie dobrze mi zrobiła. Znużenie podróżne nieco odeszło i znów mogłem dalej rześko jechać.