Dziennik dębiański
 
3 maja 2007

Zwierzyna niełowna

Horror w piwnicy

Pierwszy maja zakończył się sceną niczym z filmów grozy. Stało się to za sprawą różnej maści płazów mieszkających w piwnicy. Wiedziałem, że tam mieszkają, ale nie spodziewałem się, że w takiej ilości. Stało się to wszystko wskutek mojej niefrasobliwości. Dwa tygodnie temu w jednej z piwnic wykopałem 40-centymetrowej głębokości dołek w poszukiwaniu ukrytej studni. Dołek zostawiłem niezasypany. W pobliżu dołka stał pieniek, na którym rąbałem czasem drewno. No i tym razem, bardzo późnym wieczorem zszedłem do piwnicy przynieść trochę drewna na opał. Wziąłem duży, bukowy klocek i chciałem go przerąbać. Przy okazji poświeciłem do dołka latarką. Osoba wrażliwa na punkcie pełzającej zwierzyny pewnie by zemdlała na miejscu. Gdyby były to np. pająki czy węże, jak to jest na niektórych filmach, to pewnie i ja bym padł zemdlony. W dołku kłębiła się ruszająca masa różnych ogoniastych i bezogoniastych czworonogów. Towarzyszyły im też wielkie sześcionogi, które wydzielały zapach kwasu octowego. Ale jako że spotykałem już to wszelkie hadztwo, tyle że pojedynczo, to wiedziałem, że nie rzucą mi się do gardła. Poszedłem na górę, wyciągnąłem z łóżka Kamilę i tymi wzmocninymi siłami zajęliśmy się tymi więźniami, którzy nie mogli wydostać się z dołka. Kamila była dobrym towarzyszem do tej nierównej walki, bo widziałem, że nawet na widok żmiji rzuca się w jej stronę z wyciągniętymi rękami i okrzykiem "oooooo wąż". No i zeszliśmy na dół ze światełkiem, niebieskim wiadrem bojowym i żądzą oczyszczenia własnego domu z wszelkiego plugastwa, jakie żyje na tej ziemi. Wybieraliśmy z dołka pełnymi garściami, nie bacząc, że nurzamy ręce w ruszającej się masie z setkami nóg i pysków. Wybraliśmy co do sztuki. Były tam ogromne, nadęte grzebiuszki ziemne, ale też miniaturowe traszki zwyczajne. Trafiło się kilka kumaków nizinnych, czarnych traszek grzebieniastych i jedna zielona żaba, pewnie dowódca. Było tam tego co najmniej 200 sztuk, a nie zdziwiłbym się, gdyby nawet znacznie więcej. Nie chciałem już jednak liczyć. Zabrałem wiadro i wynisłem w pobliże stawu, w miejsce gdzie nikt nie chodzi, w nadziei, że same się rzucą się do wody i potopią ze wstydu i zgryzoty, niczym krzyżak Zygfryd uwolniony przez Juranda. Tyle że tamten musiał się wdrapać na drzewo, a tym by wystarczyło tylko wpełznąć.


Makolągwa

Kilka dni temu, podczas obchodu po ogrodzie chciałem pokazać Kamili, gdzie w tuji jakiś ptak uwił sobie gniazdo, ale je porzucił. Spotkałem go przypadkiem w gnieździe, ale później jak zaglądałem tam, to było puste, bez jaj. Podeszliśmy w pobliże tuji, odchyliłem gałązkę za którą ukryte było gniazdo ze słowami "to gniazdo jest już puste". A tym momencie usłyszeliśmy tylko głośne "frrrrrrrr" i coś sprzed naszych nosów w popłochu uciekło z gniazda. Odeszliśmy szybko, aby już ptaka więcej nie niepokoić. Czasem przy jakichś pracach ogrodowych widywałem jeszcze dziób i ślepia obserwujące mnie zza gałązki, ale nie uciekało. Raz, gdy ptaka nie było skorzystałem z okazji i zajrzałem do gniazda. W środku były cztery malutkie, nakrapiane jajeczka. Skorzystałem ze zdjęć, które zrobiłem i sprawdziłem w książce, co to za ptak. Była to makolągwa. Wcześniej nie udało mi się jej zaobserwować w ogrodzie. Stałymi mieszkańcami ogrodu, które często teraz widuję, są pleszki. Z innego skrzydlatego drobiazgu spotykam też czyże, mazurki, kowaliki, sikory. Często widać awanturujące się pliszki. Ale nie tylko w dzień ptactwo daje znać o sobie. Ostatnio była pełnia księżyca i bardzo jasne noce. Scenerię tę uzupełniały odgłosy puszczyków, których kilka sztuk mieszka w okolicy.


Remonty

Ostatnie dni upływają też na pracach remontowych w nowszej części dworu. Wziąłem się w końcu za odświeżanie ścian w pokojach. Chcę na wakacje przygotować mieszkanie do użytku. Usuwanie starych warstw farby jest stosunkowo pracochłonną czynnością, ale konieczną. Trzeba było niektóre miejsca tynkować, a całą resztę szpachlować gipsem.